poniedziałek, 28 października 2013

Obraz statystycznego Polaka nie wygląda różowo. Nie zarabiamy dużo (mimo że średnia płaca wydaje się być dość atrakcyjna), pracujemy w oparciu o mało korzystne, tymczasowe kontrakty, nie posiadamy oszczędności, ale dużo pożyczamy. Mając na uwadze wszystkie te punkty nie powinien dziwić fakt, że firmy oferujące pożyczki pozabankowe rosną w siłę i zyskują na stale zwyżkującej popularności. Gdyby obraz Polaka rysowanego w statystycznych publikacjach wziąć na serio – wyszłoby z tego, że to chwilówka jest dla niego jedyną szansą na pozyskanie szybkiego i pewnego zastrzyku gotówki. Banki przecież nie udzielają kredytów osobom zatrudnionym w oparciu o „umowy śmieciowe”, bezrobotnym czy zadłużonym.

A parabanki? To właśnie z myślą o „takich”, odrzuconych przez tradycyjną bankowość klientach tworzą swoje propozycje. Ale to tylko jedna strona medalu... Okazuje się bowiem, że chwilówki przez internet (utożsamiane dotąd z pożyczkami dla bezrobotnych czy zadłużonych) to coraz mocniej doceniane i chętniej wykorzystywane także przez zatrudnionych etatowców propozycje finansowania potrzeb. Wszystko przez fakt, że chwilówki online to proste zasady, jasne procedury, zminimalizowana ilość koniecznych do spełnienia formalności, ogromna wygoda, wysoka przyznawalność i szybkość działania. Gdyby porównać chwilówkę udzielaną na „średnich” warunkach z najbardziej korzystnym, najmocniej preferencyjnym kredytem bankowym wyszłoby na jaw, że to właśnie pożyczki pozabankowe są propozycjami bardziej korzystnymi.

Chwilówki nie tylko pozwalają oszczędzić czas (przeznaczony – w przypadku starania się o bankowy kredyt – na kompletowanie wniosków i przygotowywanie aplikacji), ale i zminimalizować koszty (to przecież chwilówki przez internet, a nie bankowe kredyty udzielane są na rewolucyjny zerowy procent!). Wychodzi więc na to, że z chwilówki online korzystają z takim samym natężeniem osoby bezrobotne i zadłużone, jak i stosunkowo nieźle zarabiający etatowcy. Przytoczoną teorię potwierdzają same parabanki, które publikując oficjalne raporty udowadniają, że chwilówki przez internet to – po prostu – propozycje dobre dla każdego.

Statystyczny Polak to... biedny Polak! Najnowsze statystyki dotyczące płac i systemu zatrudnienia w Polsce obalają – z jednej strony – powtarzane od kilku lat mity, a z drugiej – rzucają nowe, mało optymistyczne światło na temat poziomu życia w kraju nad Wisłą. Okazuje się oto, że owiana złą sławą „umowa śmieciowa' to tak naprawdę problem marginalny. W rzeczywistości, w oparciu o mało perspektywiczne i ograniczające dostęp do (chociażby) socjalu kontrakty tymczasowe pracuje jedynie niewielki procent społeczeństwa – większość z nas to natomiast etatowcy. Sęk w tym, że niezbyt dobrze opłacani...

Owszem, średnia płaca krajowa jest dość zadowalająca. Niestety, statystyczne wyniki mają niewiele wspólnego z rzeczywistością – potwierdzają to chociażby raporty parabanków oferujących popularne chwilówki przez internet. Okazuje się bowiem, że wspomniane chwilówki – uznawane kiedyś za chwilówki dla bezrobotnych czy chwilówki dla zadłużonych – to jeden z najwyżej ocenianych i najczęściej wybieranych sposobów na pozyskanie szybkiego zastrzyku gotówki. Z chwilówki korzystają zarówno wspomniani bezrobotni czy osoby zmagające się z długami, jak i przywołani we wstępie etatowcy, a więc pracownicy, którzy (przynajmniej w teorii) nie powinni mieć problemu z zaciągnięciem bardziej opłacalnego kredytu bankowego.

Niestety, dla analityków zajmujących się rozpatrywaniem wniosków kredytowych sam fakt posiadania przez potencjalnego kredytobiorcy stałej umowy nie jest aspektem wiążącym. Banki, owszem, rzadko kiedy udzielają kredytów pracownikom zatrudnionym w oparciu o tymczasowe kontrakty. Jeszcze rzadziej, niestety, z propozycji kredytowania skorzystać mogą osoby zatrudnione na pełny etat, ale zarabiające dużo (jeśli nie bardzo dużo) poniżej statystycznej średniej. To właśnie tacy pracownicy – pozornie tylko honorowani etatowcy – najchętniej korzystają z chwilówki online, a więc z propozycji pożyczki udzielanej na wysoki procent, ale przyznawanej bez względu na rodzaj umowy czy wysokość miesięcznych dochodów.

poniedziałek, 14 października 2013

Legendarny BIK to prawdziwy postrach polskich kredytobiorców. Tyle tylko, że wiedza o działalności tej instytucji oraz o tym, co z niej wynika, jest wśród nas zaskakująco niska. A skutki tego bywają opłakane…

Skrót BIK oznacza Biuro Informacji Kredytowej. Jego zadaniem jest zbieranie i udostępnianie danych o historiach kredytowych klientów banków i Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. W powszechnej świadomości – to po prostu „czarna lista dłużników” na którą trafić można za najmniejsze nawet przewinienie (na przykład kilka dni opóźnienia w spłacie raty kredytu) i która skutecznie odcina dostęp do wszelkich usług finansowych.

To, że tak myślimy wynika w dużej mierze z… reklam i propagandy stosowanej przez pozabankowe firmy pożyczkowe. O tym jednak za chwilę.

Nie taki straszny BIK

Sam BIK powstał w 1997 roku z inicjatywy Związku Banków Polskich. Dzięki wprowadzeniu w życie stosownej ustawy możliwa stała się legalna wymiana danymi wszystkich kredytobiorców. Banki postanowiły z tego skorzystać, jednak – wbrew powszechnemu przekonaniu – nie tylko po to, by skutecznie chronić swoje interesy. Bo z jednej strony – dzięki zebranym w rejestrze informacjom faktycznie łatwiej jest uniknąć udzielenia ryzykownej pożyczki, ale z drugiej strony – łatwiej jest także wychwycić potencjalnie najlepszych klientów! W bazach danych BIK gromadzone są bowiem zarówno informacje negatywne (długi, zaległości czy opóźnienia), jak i pozytywne – a więc na przykład o tym, że ktoś terminowo spłaca kilka kredytów. Te drugie zresztą stanowią przeważającą większość!

„Nie taki zatem BIK straszny, jak go malują” – można powiedzieć. W wielu artykułach, nie mówiąc już o reklamach, znajdziemy porady o tym, jak pożyczyć pieniądze „bez BIK” i jak uniknąć sprawdzenia historii kredytowej w BIK. Tymczasem często ta instytucja może okazać się naszym największym… sojusznikiem na drodze do pozyskania kredytu! Dlaczego?

Po kredyt z BIK

Wyobraźmy sobie sytuację, w której „przeciętny Kowalski”, zarabiający nieco poniżej średniej krajowej, zaciąga najpierw jeden, a potem drugi kredyt ratalny. Do tego otrzymuje odnawialny limit kredytowy w koncie i wreszcie uzyskuje krótkoterminową pożyczkę przy okazji świąt. Chociaż dziś wszystkie należności spłacane są w terminie, to pół roku temu – zwracając świąteczną „chwilówkę” – nasz Kowalski miał „małe potknięcie”. Przejściowe problemy finansowe sprawiły, że pojawiło się miesięczne opóźnienie w spłacie.Pożyczki bez BIK

Minął jakiś czas i pora wybrać się z rodziną na wakacje. Kowalski znów decyduje się zaciągnąć krótkoterminowy kredyt. Wybiera się do „swojego” banku, ale do domu wraca głęboko rozczarowany – odmówiono mu bowiem pożyczki, argumentując to… otrzymaniem informacji z BIK. Co wówczas robi nasz bohater?

Zapewne przypomina sobie wszystkie reklamy, w których „straszono” go BIK. W związku z tym po gotówkę udaje się do jednej z prywatnych, pozabankowych firm, które oferują „szybkie pożyczki bez BIK”. Pieniądze otrzymuje, na urlop wyjeżdża, a potem… Potem nagle okazuje się, że „darmowa” pożyczka kosztuje bardzo drogo, a jej spłata przysparza wielu problemów. Trzeba więc zaciągnąć kolejną, a czasem jeszcze następną, by spłacić zobowiązania. To doskonała droga do wpadnięcia w – jakże przecież niebezpieczną – pętlę zadłużenia.

Tymczasem to właśnie ten „straszny BIK” mógł okazać się nie wrogiem, lecz sprzymierzeńcem Kowalskiego. Być może bank, który odmówił udzielenia kredytu, po prostu stosuje politykę, według której nie może udzielić kolejnej pożyczki klientowi o określonych dochodach lub uznał, że kwota aktualnych zobowiązań jest zbyt wysoka? Najczęściej wystarczy zwyczajnie udać się do banku konkurencyjnego. Czasem już samo to wystarczy – analitycy widząc w BIK, że potencjalny klient regularnie spłaca zadłużenie w innych bankach, traktują go z większym zaufaniem, zaś w takiej sytuacji opóźniona spłata jednego z zadłużeń może nawet być atutem. Świadczy bowiem o tym, że klient okazuje się rzetelny pomimo chwilowych problemów!

„BIK-paranoja”

Spiralę strachu przed Biurem Informacji Kredytowej nakręciły dwa zjawiska: zwykły brak wiedzy oraz intensywna reklama pozabankowych instytucji finansowych. To pierwsze objawia się w licznych artykułach, obiegowych opiniach i plotkach w których ludzie po prostu mylą BIK z istniejącymi kiedyś – owianymi bardzo złą sławą – „czarnymi listami” dłużników publikowanymi przez mniej lub bardziej szemrane firmy windykacyjne. To drugie natomiast, to po prostu znany z podstaw marketingu mechanizm, który polega na tym, że wspólny „wróg” doskonale jednoczy i napędza do działania: skoro BIK jest „batem na dłużników”, a my go nie stosujemy, to warto u nas pożyczać!

W efekcie – kredytobiorca traci, bank traci i często traci także firma pożyczkowa, do której trafiają klienci nie będący w stanie spłacać zadłużenia na warunkach znacznie bardziej uciążliwych od bankowych!

A przecież nie jestem w BIK!

Pytanie „dlaczego nie dostałem pożyczki skoro nie jestem w BIK?” powtarza się wyjątkowo często. Tymczasem kryje się za nim pewien paradoks związany również z niezrozumieniem celu i sposobu działania tej instytucji.

Otóż nieobecność w BIK faktycznie może być utrudnieniem w uzyskaniu kredytu. Jako się rzekło – Biuro Informacji Kredytowej gromadzi przede wszystkim informacje pozytywne, a skoro takich nie ma, to analitycy bankowi mają prawo przypuszczać, że potencjalny klient albo w ogóle nie korzystał wcześniej z kredytów (nie zna go więc żaden bank, zatem nie jest klientem sprawdzonym, a co za tym idzie wiarygodnym) lub też jego starania o kredyt już wcześniej zostały odrzucone, ale stosowna informacja jeszcze do rejestru nie trafiła. W takiej sytuacji rzeczywiście otrzymanie kredytu jest mało prawdopodobne.

Druga strona tego medalu to problem z tak zwanymi „chwilówkami” zaciąganymi w prywatnych firmach, które bankami nie są. Często szczycą się one tym, że „zła historia” w BIK nie jest przeszkodą w udzieleniu pożyczki lub że historia pożyczkobiorcy w BIK nie jest w ogóle sprawdzana. Kiedy – mimo takich zapewnień – pożyczki nie dostajemy, pojawia się zaskoczenie. 

Otóż oprócz BIK w Polsce funkcjonuje co najmniej kilka innych podobnych rejestrów, tak zwanych BIG-ów (Biur Informacji Gospodarczej lub Banków Informacji Gospodarczej). Działają one na podstawie zupełnie innych uregulowań prawnych i faktycznie gromadzą przede wszystkim „złe dane”. W przeciwieństwie do BIK-u jednak nie są to tylko dane o kredytach, ale także na przykład o niezapłaconych rachunkach za telefon, opóźnieniach w zapłacie faktur czy nawet mandatach w prywatnej komunikacji! Większość instytucji finansowych współpracuje z co najmniej jednym takim rejestrem. I często okazuje się, że ktoś, kto przecież historię kredytową ma „czystą”, pożyczki nie otrzyma, ponieważ 8 lat wcześniej nie zapłacił odsetek od przeterminowanego mandatu za złe parkowanie…

Nie warto zatem bać się BIK-u, za to warto płacić w terminie mandaty. Bo rynek kredytowy nie jest wcale aż tak nieprzyjazny, jak może nam się czasem wydawać.

środa, 02 października 2013

Ogólna dostępność kredytów i pożyczek, mocne promocje i perswazyjne reklamy – z jednej strony – otwierają przed nami świat produktów i usług finansowych, a z drugiej – wprowadzają bardzo niebezpieczny zamęt. Bo lubimy pożyczać. A do tego – pożyczamy chętnie, często i coraz więcej. Sęk w tym, że w natłoku tak licznych możliwości nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, „kto jest kto” w tym ofertowo-marketingowym rozgardiaszu.Pożyczki w SKOK

Statystyki opisujące stan naszych portfeli są co najmniej mało optymistyczne. Według ujawnionych danych NBP – analiz określających stan finansów Polaków pod koniec pierwszego kwartału 2013 roku – wartość zadłużenia osób prywatnych w złotówkowych kredytach konsumpcyjnych wzrosła do prawie 130 miliardów zł (skok o niemal 440 milionów zł). Analitycy wskazują, że to nie koniec. Po prostu – lubimy pożyczać!

I żeby nie było – w pożyczaniu sensu stricte nie ma nic złego. O ile oczywiście pożyczamy racjonalnie i regularnie spłacamy swoje zaległości. Niestety, pędzący konsumpcjonizm, żądza posiadania i mania kupowania – wszystkie te czynniki wpływają na fakt, że coraz częściej i chętniej się zadłużamy, korzystając przy tym zarówno z ofert tradycyjnych banków i SKOKów, jak i mocno promowanych parabanków.

To te ostatnie, jak wskazują specjaliści rynku, są najbardziej odpowiedzialne za wzrost zainteresowania produktami finansowymi. Nachalne spoty promocyjne kreują przed nami nową, różową rzeczywistość, w której oczekiwana pożyczka udzielana jest nam na podstawie krótkiego wniosku, a pieniądze wpływają na konto nawet w przeciągu kilku minut od uzupełnienia dostępnej online aplikacji.

Krok za reklamującymi się z pompą instytucjami finansowymi idą banki tradycyjne, które ustami znanych aktorów namawiają „Bierz co chcesz” i proponują coraz bardziej okazyjne (a przynajmniej – w reklamowej teorii bardzo opłacalne i dostępne na wyciągnięcie ręki) kredyty przyznawane na wszystko: od zakupu mieszkania począwszy, przez inwestycję w nowe cztery kółka, a na pokryciu bieżących długów skończywszy.